Ten post znowu powstaje w drodze powrotnej do Polski. Blog miał być pięknie prowadzony na bieżąco, ale początek podróży dał nam tak w kość, że po prostu nie miałam na to siły.
Ale ponieważ sam wyjazd był wspaniały, a Irlandia awansowała do mojego TOP 5 krajów, to zdecydowanie zasługuje na swój wpis.
Jak wyglądał początek?
Po pierwsze, mieliśmy jechać w czwórkę ze znajomymi, ale awaria dachu skutecznie uziemiła ich w Polsce. To jednak jeszcze nie zmieniło naszych planów. Zrobił to dopiero Ryanair, opóźniając nasz lot o… 16 godzin i informując nas o tym poprzez aplikację, kiedy byliśmy już za odprawą celną.
Sprawiło to, że musieliśmy przełożyć kolejny lot (lecieliśmy z przesiadką w Liverpoolu) i zamiast być na miejscu w poniedziałek o 12:00, dotarliśmy we wtorek o 8:00 rano – po zupełnie nieprzespanej nocy.
Przez wszystkie nasze podróże nigdy nie mieliśmy sytuacji, żeby lot był opóźniony aż o tyle i żeby obsługa klienta była tak skandaliczna. W którymś momencie dnia stwierdziłam, że to znak od losu, że nie mogę nigdzie wyjeżdżać bez dzieci i powinniśmy po prostu wracać do domu.
Na szczęście tego nie zrobiliśmy.
Tak więc niewyspani, zmęczeni i z jednym dniem zwiedzania w plecy rozpoczęliśmy naszą irlandzką przygodę.
Już pierwszy przystanek wynagrodził mi cały ten podróżniczy chaos. Zaczęliśmy od hrabstwa Sligo i przepięknej trasy Gleniff Horseshoe. To było dokładnie takie miejsce, z jakim zawsze kojarzyła mi się Irlandia – niesamowicie soczyście zielone, lekko zamglone, ciche i pełne owiec.


Drugim punktem programu była charakterystyczna góra Ben Bulben, niestety ta piękna mgła sprawiła, że w ogóle nie było jej widać 😅. Następnie pojechaliśmy przywitać się z oceanem i odwiedziliśmy pierwszy punkt na trasie Wild Atlantic Way – Signature Discovery Point: Mullaghmore Head. Pospacerowaliśmy po pobliskiej plaży, zachwyciliśmy się widokiem na zamek i ruszyliśmy na poszukiwanie jedzenia.




Już baaardzo zmęczeni zjedliśmy pierwsze fish & chips tego wyjazdu, a potem pojechaliśmy do naszego bed & breakfast. Padliśmy o 19:30.
Spaliśmy bite 12 godzin, zjedliśmy pyszne lokalne śniadanko i ruszyliśmy na już zgodny z planem dzień.
Nasz pierwszy przystanek tego dnia polecił nam znajomy Irlandczyk. Była to droga Sheeffry Pass, z niesamowitymi widokami, na której byliśmy absolutnie sami.
Nie, przepraszam. Byliśmy my i owce. Mówiłam wam już, że kocham owce? 😍




A potem było coś, na co bardzo czekałam… farma owiec! Z pokazem zaganiania owiec przez psa pasterskiego, demonstracją strzyżenia owcy i możliwością karmienia i potrzymania jagniątek. 🥹 No, już takich większych jagniątek, ale nadal! Coś wspaniałego. A zdolności i wyszkolenie psa – niesamowite.




Następnie udaliśmy się zobaczyć Kylemore Abbey – piękny zamek w niesamowitej oprawie zieleni. Dziś mieści się tam klasztor benedyktynek, ale budynek pierwotnie powstał jako zamek.

Zatrzymując się po drodze w sklepie z pamiątkami, w bardzo malowniczym punkcie, okazało się – zgodnie z tabliczką – że zobaczyliśmy „jedyny prawdziwy fjord w Irlandii”.

Zrobiło mi się trochę przykro na myśl o tych wszystkich udawanych irlandzkich fjordach, ale stłumiłam to uczucie, aby móc dalej cieszyć się dniem zwiedzania. 😂
Bo już na nas czekał Diamond Hill, piękny szlak w Connemara National Park.


I to wcale nie był koniec naszego intensywnego dnia!
Spektakularną drogą Sky Road udaliśmy się do Galway. Zastanawialiśmy się, czy nie zostać tu na noc, ale po obcowaniu z taką ilością spektakularnej przyrody wcale nie mieliśmy ochoty na zgiełk miasta. Dlatego po dwóch godzinach ruszyliśmy dalej i dopiero w odpowiedniej odległości znaleźliśmy nocleg.


Przedostatni dzień był trochę spokojniejszy.
Rano złapaliśmy prom na Inis Oírr, najmniejszą z wysp Aran. I to jest właśnie jej oficjalna irlandzka nazwa – po angielsku często spotkacie też nazwę Inisheer. Wyspa ma mniej niż 3 km długości i około 2 km szerokości.
Setki działeczek poprzedzielanych kamiennymi murkami, ruiny zamku, wrak statku, latarnia morska, kilkadziesiąt domów i tyle. 😅
Błądziliśmy po wyspie, przechodząc ją w tę i z powrotem, przez około trzy godziny, i wróciliśmy promem.



Lunch jedliśmy w uroczym Doolin, a potem ruszyliśmy na obowiązkową atrakcję Irlandii, czyli Cliffs of Moher. Robią wrażenie ale przez to, że są popularnym turystycznym miejscem, jest sporo ludzi, wybudowana infrastruktura i tracą przez to trochę uroku.




Wieczorem udaliśmy się do kultowego pubu w Doolin z irlandzką muzyką na żywo. Wspaniałe doświadczenie i wspaniała muzyka.

I tak dotarliśmy do ostatniego dnia naszego wyjazdu.
Musieliśmy przejechać całą drogę z powrotem do Dublina, ale oczywiście również po drodze oglądając kilka miejsc. I ach, cóż za wspaniałe miejsce czekało na nas na koniec!
Zainspirowani filmem „P.S. I Love You” (i jak to powiedział Przemek: „żeby nie oglądał tego na darmo”) udaliśmy się do Wicklow Mountains National Park.
Góry pokryte są tu wrzosem i robi to tak niesamowite wrażenie, zdjęcia niestety tego nie oddaną. Przepiękne miejsce. Łezka wzruszenia mogła się zawieruszyć na mej twarzy. 🥹



I tak oto kończymy naszą irlandzką przygodę.
Oczywiście na pożegnanie Ryanair szykuje nam jeszcze dwugodzinne opóźnienie, ale cóż to dla nas. 😂