Walencja i okolice

Chyba pierwszy raz w historii bloga wpis powstał już po powrocie z wyjazdu a nie w trakcie — ale tydzień minął nam w minutę i serio nie było kiedy usiąść do pisania. Wszystkich fanów bardzo przepraszam, że musieliście spędzić ten tydzień w napięciu (wiem, ciężko było 😅). Obiecałabym poprawę, ale… było cudownie i niczego nie żałuję.

Po 13 latach od ostatniej wizyty, wróciliśmy do Hiszpanii tym razem, dzięki Marcie i Florkowi wylądowaliśmy w okolicach Walencji.

No właśnie, los nam sprzyja bo to nasz kolejny wyjazd ze znajomymi a wspólne podróże z dzieciakami przebiegają zupełnie inaczej niż samotne. W grupie stanowczo łatwiej stawić czoła przygodom. Z Martą i Florkiem znamy się od lat oj wielu, ale niedawno odnowiliśmy znajomość i cóż to za wspaniałe zrządzenie losu. Gosię i Tomka poznaliśmy już na lotnisku ale czuję, że mamy kompanów na wiele przyszłych podróży ❤️. Gosia- Alaska czeka!

No ale dość tych zawiłych wyjaśnień towarzyskich przejdźmy do tego co zobaczyliśmy i zrobiliśmy i zjedliśmy bo ta ostatnia część zajmowała nam sporą część dnia 😂.

Pierwszy dzień

Nasza baza wypadowa znajduje się w miasteczku Pucol i to właśnie tu spędzamy pierwszy dzień.

Rozruch, zakupy i płynne wejście w tryb wakacyjny. Odwiedzamy lokalny targ i zachwycamy się pomidorami (dziewczyny), i destylarnią (chłopaki — wiadomo) i wracamy z torbami pełnymi pamiątek z obydwu miejsc 😅. Po południu jemy przepyszny obiad w lokalnej knajpie i ruszamy przywitać się z morzem. Ktoś mógłby powiedzieć, że woda była jeszcze zimna, ale na pewno nie byłyby to nasze dzieciaki – znane bałtyckie morsy. Dlatego z radością pluskają się ile tylko im pozwolimy (niebieski kolor warg i szczękające zęby nie są dla nich żadnym objawem zimna 🙈).

Tego dnia zapada też kluczowa decyzja organizacyjna — Przemek jednogłośnie (i bez prawa odwołania) zostaje nadwornym kucharzem. Ja i Marta lądujemy na najniższym szczeblu kulinarnej hierarchii, czyli jako… wafle kuchenne. Trudno, ktoś musi trzymać poziom (albo blat). Dzięki tej decyzji codziennie wieczorem, po uśpieniu dzieciaków, niczym prawdziwi Hiszpanie siadamy późną porą do wspaniałej uczty w doborowym towarzystwie. Tak trzeba żyć.

Drugi dzień

Oceanogràfic Valencia i od razu mocne wejście. Ogromne akwarium z cudownym pokazem delfinów — dzieci zachwycone, ale przyznam, że ja też robiłam ochy i achy, kiedy te wspaniałe istoty popisywały się przed nami. Do tego cała reszta magicznych zwierząt i korytarz, w którym przechodzi się pod pływającymi rekinami — mega wrażenie (swoją drogą dokładnie tak kiedyś wyobrażałam sobie kanał La Manche… cóż to było za rozczarowanie, gdy nim przejechałam ;)).

Muszę jednak ostrzec wszystkich, którzy chcieliby się zainspirować naszą trasą — oceanarium trochę nas przetargało. Jest ogromne i trzeba było lepiej to zaplanować i sprawniej przez nie przejść. No ale każda wycieczka musi mieć swój element „następnym razem zrobimy to mądrzej”.

W planie dnia jeszcze L’Umbracle — piękny ogród wyglądający jak wsadzony w szkielet wieloryba. I mimo zmęczenia trzeba było nasze słodkie gnomy namówić do współpracy, bo do zrobienia było moje wymarzone zdjęcie grupowe. Priorytety. Na szczęście za lody zrobią wszystko 😅.

Trzeci dzień

Pierwsza część dnia jest dla dzieci- odwiedzamy Parque Gulliver — gigantyczny plac zabaw w postaci leżącego Guliwera. W Polsce absolutnie bez szans na powstanie, nie przeszedłby żadnej kontroli bezpieczeństwa 😅. Dzieciaki mają ogromne pole do popisu: wspinaczki, szybkie zjeżdżalnie i ogólne szaleństwo.

Bardziej dla starszaków, bo z Matyldą trzeba chodzić, a po mojej efektownej wywrotce w klapkach na ramieniu Guliwera, Przemek przejmuje pałeczkę. Potem przekupujemy ją croissantem z czekoladą, żeby chwilę z nami posiedziała — klasyka negocjacji.

Zdjęć starszaków nie mam, za szybko się poruszały po tej konstrukcji 😅

Po części dla dzieci przychodzi pora na coś dla dorosłych — starówka Walencji. Urocza i klimatyczna i nudna dla dzieci, dosyć szybko ją zwiedzamy 😂. Tu jemy pyszny włoski obiad, bo jednak ile można tych hiszpańskich dań 😅. I standardowo powrót nad morze.

No i serniczek na deser

Czwarty dzień

Bioparc Valencia — jedno z lepszych zoo, jakie widzieliśmy. Naturalna przestrzeń, brak klasycznych ogrodzeń i poczucie, że jesteśmy trochę bardziej „w środku” niż zwykle. Spacerując w strefie Madagaskaru lemury dosłownie przeskakują nad naszymi głowami. Być może niektórzy się przestraszyli szybującego lemura i być może niektórzy nieźle się z tego uśmiali, nie potwierdzam nie zaprzeczam.

Tym razem, po doświadczeniach z oceanarium, Florek pilnuje tempa zwiedzania — nie dłużej niż 2 minuty na zwierzę 😂 (no chyba że żyrafy, tam było trudniej nas odciągnąć). Straty odrabiamy przy lwach, bo wszystkie spały, więc emocje trochę siadły.

Dzięki temu przechodzimy zoo w niezłym tempie i po standardowych dramatach w sklepiku z pamiątkami wracamy w nasze okolice — do znanej już knajpki z pyszną ośmiornicą i placem zabaw tuż obok. Idealnie.

Plus bonus: przy pierwszej wizycie Leon zamówił lemoniadę, a hiszpańskojęzyczny kelner dostarczył nam dużo radości — Leon dostał sok ze świeżo wyciskanych cytryn. Mina po pierwszym łyku — bezcenna 😂. Miejsce automatycznie awansowało w moim rankingu.

Piąty dzień

Spacer po bagnach w Puçol. Plan Florka. Ścieżka marzeń ornitologów — piękne widoki, cisza i dzikie flamingi. Naprawdę mogłoby być idealnie… gdyby nie Leon i Ida, czyli nasze nadworne marudy. Bolące nogi weszły do gry po pierwszych 50 metrach, a odgłosy jakie wydawali przestraszyłyby nawet głuchego słonia nie mówiąc o ptakach 😂.

„Już tylko kilometr” było obiecywane przez dobre 3 km, ale sytuację uratowała Gosia, która jakimiś nieznanymi mi magicznymi mocami ujarzmiła towarzystwo i we względnym spokoju przeszliśmy planowany odcinek.

A potem oczywiście plaża — stały punkt programu.

Szósty dzień

Sagunto Castle — przepiękny, klimatyczny zamek, do którego prowadzi malownicza droga przez miasteczko o tej samej nazwie. Zamek stary, bo — jak powiedzą wam dzieci — ma coś pomiędzy sto pięćdziesiąt a milion sto dwieście trzysta szesnaście lat.

Skakanie po ruinach daje dużo radości, a wizja obiecanych lodów dodaje motywacji do zwiedzania. Na obiad jedziemy do restauracji w porcie Sagunto i tu nagle czujemy się jak w Miami Beach — szeroka plaża, szeroki bulwar i mnóstwo ludzi.

Mimo wszystko zdecydowanie lepiej czuję się w naszej spokojnej bazie w Puçol.

Siódmy dzień

No i niestety — ostatni dzień. Plaża, luz i próba złapania jeszcze kilku chwil przed powrotem. Tydzień minął nam w minutę — intensywny, a jednocześnie dziwnie spokojny. Bez pośpiechu, bez spiny, z dużą dawką śmiechu i momentów, które zostają na dłużej. Dziękujemy wspaniała ekipo!

Dodaj komentarz