Podróż przeżyliśmy, chciałoby się powiedzieć „doskonale” ale samo słowo „przeżyliśmy” będzie bardziej akuratne. Dzieciaki były mocno podekscytowane i kiedy na pół godzinnym locie do Wrocławia pytania „czy daleko jeszcze” padały co minutę to wiedzieliśmy już, że łatwo nie będzie. Wprawdzie pytaliśmy jeszcze przy boardingu czy nie ma jakiś wolnych miejsc w samolocie żeby rozsadzono nas od dzieci ale polityka bezpieczeństwa nie pozwala na takie manewry, dziwne 😂. Kiedy już trochę opanowaliśmy dzieciaki w samolocie przyszedł czas żebym ja wprowadziła zamieszanie. Przyszła kolacyjka, wiecie te gorące pojemniczki przy wiercącej się Matyldzie. Moja strategia była prosta najpierw nakarmić ją konkretami a później dać bułę z dżemem żeby sama zajęła się jedzeniem i zjeść w tym czasie. Jak wymyśliłam tak zrobiłam, bułę na bogato posmarowałam dżemem truskawkowym jak sądziłam i podałam Matyldzie, która wzięła wielkiego gryza. Krzyk, który wydobył się z Matyldy odwrócił głowy całej gromady Koreańczyków siedzących dookoła, potem zaczęło się plucie na wszystko i wszystkich a potem moje paniczne wycieranie jej ze środka budzi dżemiku który okazał się ostrą pastą z papryczek chili, próbowałam jej dać cokolwiek żeby zagryzła smak, zgodziła się jedynie na masełko także łyżeczką karmiłam ją masłem 🙈. Matka roku. Sytuacja była opanowywana z pól godziny. Godzinę później płakaliśmy z Przemkiem ze śmiechu na wspomnienie „dżemiku” a Matylda bierze teraz jedzenie tylko od taty 🤷♀️.

1 dzień w Seulu
Do hotelu dotarliśmy koło 14 lokalnego czasu. Ponieważ przez całą podróż nie udało mi się zmrużyć oka byłam lekko zjechana ale tak czy inaczej trzeba było dotrwać do wieczora żeby się płynnie przestawić. Pierwsze co zrobiliśmy po jedzeniu to udaliśmy się na jedzonko, trafiliśmy do knajpy w które w menu były tylko 3 potrawy a jedzenie przywoziły roboty. To był strzał w 10 jedzenie było przeeeepyszne a roboty ogarnęły nam dzieciaki bo te zafascynowane cały czas je obserwowały, wołały do nich a gdy Matylda chciała gdzieś zwiać to mówiłam „uważaj robot jedzie” i od razu wracała na swoje miejsce 😁.


Następnie udaliśmy się do kolejki linowej, która wjeżdża na wzgórze Namsan z punktem widokowym. Celowaliśmy w zachód słońca ale kolejka do kolejki była godzinna, odkryliśmy to po zakupie biletów, więc wjechaliśmy już w półmroku i obserwowaliśmy nocne miasto. Przy zjeździe na dół dokonał się koszmar każdego rodzica czyli Matylda zrobiła sobie drzemkę o 18 😱. I to była nasza noc z głowy 😂. Na kolacje zaserwowaliśmy dzieciakom płatki z mlekiem już w hotelu i uśpiliśmy ich tylko po to aby o 1 mieć pobudkę 🤦♀️.



2 dzień w Seulu
W takim trybie po zaśnięciu obudziliśmy się o 10, troszkę pokrzyżowało nam to plany ale szybko zwinęliśmy się na śniadanie i ruszyliśmy na podbój Seulu. Najpierw udaliśmy się do wioski Bukchon Hanok, słowo hanok oznacza właśnie te tradycyjne domki, które tworzą to miejsce. Powstały w czasach, kiedy tymi terenami rządziła dynastia Joseon, ostatnia dynastią władającą Koreą. W wiosce trzeba zachować ciszę bo nadal jest zamieszkała… No cóż Pani pilnująca ciszy podeszła do nas 2 razy a później już odpuściła. Matyldzie wyjątkowo dopisywał humor i trochę sobie śpiewała. 😂






Następnie udaliśmy się do pałacu Gyeongbokgung. Pałac Gyeongbokgung to jeden z pięciu najważniejszych i największych pałaców w Korei Południowej zbudowanych przez dynastię Joseon. Jako jedyny udostępniony jest dla zwiedzających. Zbudowany w 1395, 2 razy był niszczony przez Japończyków drugi raz w 1915, odbudowa trwa do dnia dzisiejszego. Pałac zrobił na nas ogromne wrażenie podążaliśmy za oprowadzaną wycieczką i łapaliśmy jednym uchem ile się dało od przewodniczki, odpowiadając w międzyczasie na pytania czemu to wszystko jest drewniane, czemu nie karmimy ryb kamieniami, czemu nie można wejść do stawu i wiele innych ;). Na tyłach pałacu znajduję się klimatyczne ogrody królowej-cudne! Chcieliśmy trafić na zmianę warty, którą podobno super zobaczyć ale niestety sprawdzałam w przewodniku z nieaktualnymi danymi i byliśmy godzinę za późno.








Mocno głodni i zmęczeni udaliśmy się na obiad. Jedzonko znowu pycha, poszliśmy w koreańskie klasyki których nazw oczywiście nie pamiętam.

Najedzeni ruszyliśmy do następnej wioski hanok Ikseon-dong, ta wioska jest już zupełnie inna niż pierwsza, którą odwiedziliśmy, praktycznie cała przerobiona jest na odjechane knajpy i kawiarnie o oryginalnych wystrojach (tory w środku, fontanny i wiele wiele innych). Niestety byliśmy zbyt najedzenie po obiedzie żeby przysiąść, zresztą zmierzaliśmy do następnej jedzeniowej miejscówy targu Gwangjang Market. Streetfood tam wyglądał przeobłędnie ale zdaliśmy sobie sprawę, że realnie nie uda się nam tam usiąść z dzieciakami wśród milona ludzi i gorących kociołków, wzięliśmy przekąski na wynos i kolację zjedliśmy już w hotelu.




3 dzień w Seulu
Trzeci i ostatni dzień w Seulu chcieliśmy zrobić trochę pod dzieci, niestety dotąd nie trafiliśmy na żaden plac zabaw (ogólnie mało tu dzieci i …psów 🙈), więc dzisiaj zrobiliśmy specjalną wycieczkę do Forest Parku z placem zabaw. Park był przepiękny a plac zabaw na wypasie, więc pierwsza część dnia minęła bardzo pozytywnie.




Potem ruszyliśmy do centrum handlowego Coex Mall w którym znajduje się imponująca biblioteka Starfield Library a przed nim można zobaczyć pomnik… Gangnam Style (centrum handlowe znajduje się w dzielnicy o nazwie Gangnam, więc ma to sens 👌). Tam zjedliśmy jeszcze pyszny ramenik i ruszyliśmy na spacer po okolicy. A potem spełniliśmy kulinarne pragnienie Przemka i wbiliśmy do knajpy „Korean BBQ” i nie ukrywam była to walka o życie 🙈. Cały urok tego dania polega, że na środku stołu jest palnik na węgiel i samemu albo z pomocą kelnera smażymy sobie mięsko. No ten gorący palnik z 2 maluchów to było wyzwanie, ale jedzonko przepyszne, więc bardzo polecamy ale raczej bez dzieci.




I to by było na tyle z naszej wizyty w Seulu jutro ruszamy dalej!