Na zimową stolicę Kanady i rowerową mekkę w lecie przeznaczyliśmy jeden dzień. Whistler to takie tutejsze Zakopane, tyle, że z czystym powietrzem i bez straganów z wszystkim i niczym (jak żyć bez ciupagi ja się pytam). Niestety ze względu na skład naszej wycieczki (wcale nie patrzę na Ciebie Matylda), nie byliśmy w stanie skorzystać z głównej atrakcji tego miejsca w lecie czyli spróbować sił w downhillu, może następnym razem. Za to mogliśmy przespacerować się po miasteczku, pochlapać w jeziorze i zobaczyć absolutnie najciekawsze muzeum świata – pierwszych narodów. Just joking, Szymki zwinnie wykręciły się z muzeum i muszę przyznać, że niewiele stracili, spodziewałam się więcej po Squamish Lil’wat Cultural Centre a okazało się mieć tylko jedną kozę, 3 niedźwiedzie i z 4 canoe, 😁 nie zawsze należy wierzyć ocenom z googla.






Dni przejazdowe z dzieciakami niestety należą do trudniejszych. Twistem jest, że w wyższych górach, które stanowią część drogi nie ma zasięgu, a jedziemy na 2 samochody z dziećmi, więc wiadomo, nie znasz dnia ani godziny 🙈. Tak, więc gdy czekaliśmy pół godziny w pierwszym umówionym miejscu spotkania a Szymków nie było i nie było postanowiliśmy ruszyć i zostawić kartkę o następnej miejsówie (nieumówionej) rangerowi pilnującemu wejścia do parku. Ruszyliśmy i minutę później gdy akurat stanęliśmy przed robotami drogowymi, nadbiegła do nas szalona autostopowiczka Ola, zobaczyli nas wyjeżdżających z parkingu i pojechali prosto za nami. Biedny Renger pewnie przez tydzień będzie wypatrywać wysokiego mężczyzny z żoną i 2 córkami 🙈.
6 godzin drogi z przerwami na jeziorko i jedzonko, którego nie dostaliśmy bo po godzinie czekania okazało się, że Pani w pustej restauracji zgubiła karteczkę z zamówieniem pomiędzy naszym stolikiem a kuchnią i skończyło się na kanapkach na obiad dało popalić, padliśmy na twarz. Za to już leżąc na tej twarzy nadal widzę, przepiękną trasę, którą zrobiliśmy, widoki były niesamowite! Jutro już tylko 3 godzinki w samochodzie i będziemy w Jasper!


