Dzisiaj niestety elfy nam nie sprzyjały, co najwyżej trole. Leon zafundował nam pobudkę o 5 rano, więc żeby inni goście oraz Przemek mogli jeszcze pospać, zgarnęłam go na poranny spacer po Vik. Nie żeby była jakaś duża różnica pomiędzy 5 rano a 9 Vik jest tak samo puste i spokojne 🤷♀️. Wspięliśmy się na wzgórze z kościółkiem i odwiedziliśmy islandzkie koniki ❤️.



Po śniadaniu i porannych wygibasach z Leonem mieliśmy nadzieję, że uda się nam uśpić rozrabiakę i tak jak wczoraj śmigniemy w czasie drzemki, niestety Leon miał inny pomysł na ten dzień. W końcu z milionem przystanków dotarliśmy do kanionu Fjadrargljufur. Było warto, przepiękne miejsce :).









Po kanionie po prodze dalej zatrzymaliśmy się po drodze w knajpce w której spróbowaliśmy burgera z reniferem 😱. Rudolfie wybacz!

Następny punkt programu to był lodowiec Svinafellsjokull, niestety Leon po drzemce w nosidle nad kanionem nadal odmawiał snu w samochodzie więc ta część drogi również była wesoła 👌. Lodowiec nie zrobił na nas spektakularnego wrażenia ale jeszcze kilka przed nami, zobaczymy. W drodze do hotelu zahaczyliśmy jeszcze o przeuroczy kościółek i na tym skończyliśmy dzień. Jak zwykle padnięci 😁.


